[RECENZJA] Głuchy głuchego słowem okłada

„Jureczku! Jureczku! Odnajdź Ty w tej sztuce, to co widz ze Śląska i Zagłębia chciałby w niej odnaleźć, a wtedy dam Ci spokój i będziesz mógł zajmować się w wolnym czasie jazdą bicyklem i… I czymś tam jeszcze.”

Przyszła jesień, najbardziej jesienna z jesieni mego życia. Wszyscy tacy wyalienowani na ulicach, w internecie i wszędzie indziej. W tej deszczowo-zimno-słoneczno-ciepłej aurze każdy ma swój świat i często zdarza się tak, że te światy się zderzają popadając w konflikt. Ta wojna trwa w najlepsze, ale od dłuższego przybrała na sile i wskazanym byłoby mocniej się zastanowić dlaczego tak się dzieje. Teatralnego zastanowienia dokonała Weronika Szczawińska. I wyszło wybitnie. Tak wybitnie, że tylko nieliczni „wybitni” potrafią to pojąć.

Nie można odmówić reżyserce spektaklu kunsztu. Wyssała z powieści H.G. Wellsa najlepszą esencję, główne clu, to co jest ponadczasowego w tej historii i postawiła na scenie lustro, w którym wszyscy możemy się przejrzeć. W sumie to nawet powinniśmy się przejrzeć tak by the way. Silny nacisk w tej sztuce jest położony na artyzm (nie mylić z autyzmem, choć jedna ze znajomych nauczycielek pracujących w szkole specjalnej stwierdziła po spektaklu, że czuła się jak na swoich zajęciach z dziećmi). Ta wyjątkowa kontekstowość spektaklu, jego symbolika, tworzą niesamowity klimat przebywania w świątyni sztuki. Trzeba tylko bardzo mocno chcieć to poczuć i zrozumieć, a niestety rozglądając się po publiczności i jej reakcjach mam wrażenie, że czasem ludzie nie rozumieją dziejowej misji teatru. Tak jakby byli totalnie odczłowieczeni albo z jakiejś innej planety, nie wiem, z Marsa na przykład. Widziałem jak niemrawo zbierają się do oklasków i nie mają w sobie porywu zachwytu. Ja osobiście czułem się zachwycony. Ta sztuka mówi, skłania do myślenia, miałem po niej takie przyjemne uczucie jak po zwiedzeniu jakiegoś wybitnego muzeum, w którym sztuka koresponduje, dotyka, otwiera oczy i zapisuje się w pamięci. „Wojna światów” nie jest łatwa, ale też nie jest siermiężna, prostacka i nie ubiera się w odświętne, biało-czerwone peleryny jakichś kosmitów z planety zwanej Polską. Mówi po prostu o ludziach, o tym jak nie potrafią rozmawiać i nie potrafią słuchać. O tym jak łatwo zapominają o tym, że mają dwa razy więcej uszu niż ust. I zmusza do smutnych refleksji.

A refleksji mam sporo. Jestem zachwycony, bo ta sztuka obrazuje chorobę postprawdy, ułomności nowych mediów i brak komunikacji między różnymi kanałami tworzenia opinii. Każdy wie swoje, każdy czyta to co chce i robi co chce. Starając się w tym misz-maszu cokolwiek przekazać drugiej stronie człowiek rozbija się o ścianę ignorancji. Każdy dostaje codziennie dawkę narkotyku zwanego „pożądaną informacją”, która zaspokaja głód tego, co chce się akurat usłyszeć, tudzież przeczytać. W szerszym spectrum ta sztuka mówi o stosunku do obcych, jaki ten burdel komunikacyjny tworzy obraz ludzi z zewnątrz i jak nastawia jednego człowieka wobec drugiego. Zastraszanie inwazją, zniszczeniem cywilizacji i innymi takimi bzdetami jak widać ma się ciągle dobrze i w gruncie rzeczy od słynnego słuchowiska radiowego, poprzez czasy pogardy dla Żydów aż do obecnych czasów nasze społeczeństwo nie poczyniło żadnego kroku w przód. Stoi w miejscu i nie rozwija się łapiąc na prostackie przekazy brunatnych troglodytów. W moim odczuciu nie da się tego lepiej przedstawić niż zrobił to zespół Teatru Zagłębia, za co chapeu bas, oklaski, kwiatuszki i orzeszki z miodem. Pytanie tylko czy widz w naszej najbliższej okolicy oczekuje od teatru jedynie rozrywki i rubasznego śmiechu, czy też może jest gotów traktować teatr również jako źródło refleksji? Boję się udzielać odpowiedzi, nie ze względu na jej wydźwięk, ale ze względu na jej mało pozytywny charakter. Sądzę, że czas na teatr wielkiego artyzmu jest trudny, zwłaszcza tutaj, w tym robotniczym regionie i mało który widz będzie w stanie to kupić póki co. Jednak z drugiej strony trzeba oddać, że ktoś to w końcu musiał zrobić, a że na swoje barki wziął to TZ i to jeszcze w tak wybitnej formie, tylko świadczy o klasie ludzi tworzących tą instytucję. Po spektaklu, przemierzając nocne ulice, czułem się spełniony. Trójka ludzi siedzących wokół mnie mocno dyskutowała na temat tej sztuki i już wiedziałem, że mimo wszystko odniosła ona swój sukces. Skłoniła do refleksji i myślenia. Choć te dywagacje wywoływały mój uśmiech, bo każdy rozumiał ją na swój sposób i sprawiło to, że sam poczułem się wyalienowany rozumiejąc ją po swojemu. Jeśli ktoś pyta czy warto iść na „Wojnę światów”, to właściwie udziela pytania retorycznego. Trzeba.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>