[RECENZJA] Zemsta dziesiąta

„Rok 1897. 3-go stycznia na świat przychodzi niejaka Apolonia Chałupiec, A. Korzeniec rozpoczyna swój złoty biznes kafelkowy, doktor Judym w przerwie poprawiania nędznego życia zagłębiowskich górników, przygląda się rozdartej sosnie, a Janek Kiepura nawet nie był ujęty w planach. Tego samego roku, w momencie, w którym Sosnowiec nie miał jeszcze praw miejskich, otworzono Teatr Zagłębia. Gdzieś pomiędzy dworcem głównym a favelami zwanymi Abisynią postawiono budynek teatru, który był odpowiedzią na amatorskie aspiracje aktorskie wśród robotników. Gest Mortimera Renarda, który pozwolił utworzyć 6-ty teatr Królestwa Kongresowego był o tyle przyszłościowym przedsięwzięciem, że nawet 120 lat później wystawiana jest sztuka z jego otwarcia”.

Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje… Ach wróć. Dwieście niech nam żyje! Teatrowi wszystkiego najwspanialszego, kadrze samych dobroci i sukcesów, a budynkowi należytego otoczenia (choć kawka na BP po spektaklu nawet daje radę). Teatr Zagłębia nie byłby sobą gdyby kolejna sztuka w nim wystawiana nie byłaby przytykiem wobec dzisiejszej rzeczywistości. I bardzo dobrze. Ten teatr jest odważny, bezczelny i pyskaty. Przez to wyrazisty i interesujący. W tym roku obchodzi jubileusz 120-lecia. O inauguracyjnym spektaklu z 6 lutego 1897 roku napisać zbyt wiele nie mogę, poza tym, że była to „Zemsta” Fredry Aleksandra. A że w tym roku mamy jubileusz, to cóż by było bardziej adekwatne niż wyreżyserowanie „Zemsty”AD 2017?

„Zemsta” to polskie uniwersalium. Aktualne w swojej epoce, jeszcze bardziej aktualne teraz. Pomijając już symboliczne dla teatru znaczenie tego spektaklu, wiem, że twórcy tej sztuki jak i władze teatru potraktowały dziesiątą odsłonę „sosnowieckiej Zemsty” jako swoisty manifest przeciwko dzisiejszej sytuacji w Polsce. Cześnik jako ten przaśny, groteskowy prawicowiec i Milczek jako nadęty liberał. Albo na odwrót? Fredro opisał Polskę podług relacji dwóch sąsiadów, którzy odgradzają się murem od siebie i toczą ze sobą nieprzerwane boje. A nad wszystkim czuwają święte obrazki… Czy dzisiaj z polskim społeczeństwem jest inaczej? Raczej nie. Obecnie mamy kumulację zjawiska grodzenia się na różnych płaszczyznach. Wszystko to ze strachu przed bólem, cierpieniem i zawodem. Jak zawsze w tej katolickiej Polsce, bo to kraj tej wstrętnej dyktatury strachu ubranego w pozorną odwagę i miłość do bliźniego. Kraju miłości do nienawiści wszystkiego co inne. I przypominam w tym momencie, że to właśnie kościół katolicki zazwyczaj mianuje się obrońcą polskiej kultury i tradycji… Ekhm. Tak to już jest w tym pępku Europy. Polska to taki punkt zderzenia zimnego frontu wschodniego, z gorącym frontem zachodnim. A gdy gorące powietrze zderza się z zimnym to zawsze powstaje burza. Choć koniec końców i tak jakimś cudem wszystko dobrze się kończy, ale czy na prawdę nie szkoda nerwów? Może i nie szkoda, bo bez tego nie mielibyśmy tak dobrej sztuki jak ta z Teatru Zagłębia.

Reżyserem spektaklu jest Adam Nalepa, jeden z najzdolniejszych, polskich reżyserów teatralnych. Za genialną, symboliczną scenografię odpowiedzialny jest Maciej Chojnacki (chapeu bas!). Sztuka rozpoczyna się od niezwykle przyjemnego w odbiorze wprowadzenia. Twórcy doskonale zdawali sobie sprawę, że matka skleroza postępuje w społeczeństwie i takie odmęty przeszłości jak czytanie „Zemsty” w latach szkolnych może skutkować niekojarzeniem postaci. To też zaprezentowano postaci występujące w spektaklu. Wśród nich na uwagę zasługuje Podstolina – najbardziej wyrazista postać tej sztuki. Któż by lepiej potrafił zagrać różową landrynę, do bólu zmanierowaną, drapieżną i przebiegłą postać jak nie Maria Bieńkowska? Zakładam, że w przypadku doboru aktora do roli Cześnika, twórcy sztuki spojrzeli jedynie na zdjęcie Wojciecha Leśniaka, by nie mieć żadnych wątpliwości, kto najbardziej nadaje się do odegrania tej postaci. W rolę Milczka wcielił się sam Pan dyrektor Leraczyk i uważam, iż był to równie trafny wybór. Dostojność i spokojny, męski głos idealnie pasowały do postaci Rejenta. Wielką zagadką był dla mnie Papkin, w którego rolę wcieliło się aż czterech aktorów. Jest to wielce metaforyczna postać w tej sztuce, sądzę, że pozostawiona do swobodnej interpretacji. Jeśli jednak miałbym wybrać, któregoś z tych Papkinów, to uważam, że nie ma lepszego niż ten, w którego wcielił się Grzegorz Kwas. Cóż takiego twórcy mieli na myśli to do końca nie wiem, ale to jest właśnie siłą tej sztuki – wielka metaforyczność i symbolika. Scenografia w narodowych barwach i święte obrazki – nie ma większej wymowności wobec dzisiejszych realiów. Bunt młodych: Klary i Wacława, wyrażony w muzyce Marii Peszek i Comy jest jakby uniwersalny dla każdego czasu. Równie zagadkowy jest rok 2022 – o co może tutaj chodzić? Z jednej strony tworzy to mgiełkę intrygującej tajemniczości, a z drugiej prowadzi do dosyć banalnej konkluzji, że nawet w 2022 roku nic się w kwestii polskiej mentalności nie zmieni. Albo po prostu ktoś w teatrze pomyślał, że już teraz wystawią sztukę, która na 125-lecie teatru będzie nadal aktualna. Tak czy inaczej jest to spektakl piękny i jest to chyba jedna z najlepszych interpretacji dzieła Fredry, jaka kiedykolwiek została wystawiona na teatralnych deskach.

Cóż więcej dodawać moi mili, nie czekajcie długo, nie czekajcie ni chwili. Idźcie na „Zemstę” do Teatru Zagłębia, swe doznania pogłębiać. Warto, oj warto – to po ostatnie i po pierwsze, ech i znowu, wszędzie te wiersze…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>