Łosoś na Ł

To chyba najbardziej kuriozalne hasło krzyżówkowe na cztery litery jakie kiedykolwiek widziałem, a nie widziałem, bo wymyśliłem. W czasach, gdy do tramwaju zamawiałem pizzę przez kasownik, a kolega trzy przystanki dalej czekał już z nią na doręczenie, różne dziwne rzeczy się wymyślało. Wyobraźcie sobie dwóch zmęczonych dniem uczniów ŚlTZN (takie technikum co chodzą doń w garniturach, że niby prestiż, hajsy i perspektywa podboju Doliny Krzemowej), wracających tramwajem ze szkoły, którzy po jatce intelektualnej, urządzonej w ramach indoktrynującego programu nauczania stoją w milczeniu, wpatrując się w mijany krajobraz. Oczy podkrążone, spojrzenia posępne, wargi opuszczone i nagle z jednej strony pada to górnolotne pytanie: łosoś na ł? Druga, nieskalana myślą głowa odpowiada równie górnolotnie: karp. Śmiechu co nie miara, to przecież było takie idiotyczne, że aż śmieszne. Motorniczy zatrzymał tramwaj, bo tak się śmiał, pasażerowie rechotali do łez, a kwiaciarka cała popłakana ze śmiechu przyleciała z bukietem kwiatów i podziękowaniem za rozweselenie w ten pochmurny, lutowy dzień. Nie, nie było tak. Jeśli ktokolwiek słyszał tę konwersację to raczej spojrzał na nas jak na idiotów, ale co zrobić, taki urok.

Choć jest to historia nie mniej kuriozalna jak kuriozalny był pewien plakat u mojego ex-dentysty. Dlaczego ex? To akurat pytanie trudne, bo sam nie wiem czemu ex, lecz czasem tak jest, że podejmujemy różne dzikie decyzje, niekoniecznie racjonalne. To na pewno nie wina plakatu. Być może było tak, że narcystyczne zachowania rzeczonego ex-dentysty doprowadzały mnie do irytacji, tudzież niechęci. Kto to wie, ale plakat był w porządku, nawet dawał do myślenia. Bo niby skąd dentysta wpadł w posiadanie plakatu Pedigree Denta Stix? Leczył psa? Tymi samymi wiertłami co mnie? Nie, na pewno nie. Może po prostu miał kolegę weterynarza albo znał przedstawiciela handlowego marki Pedigree (to takie oczywiste nie? A ja robię z siebie idiotę zastanawiając się nad tym…). Leżąc na łóżku dentystycznym i wpatrując się w tenże plakat, miałem tysiąc różnych myśli. Zastanawiałem się czy to nie jest przypadkiem sugestia albo przepowiednia, że będzie się wyło jak pies w momencie borowania. Albo będzie się wychodzić jak zbity pies od tego dentysty. Nie wiem co on chciał tym osiągnąć, ale taki z niego śmieszek był.

Nie gorszy śmieszek trafił mi się jakiś miesiąc temu, podczas mojego pobytu w Warszawie. Kto był w Złotych Tarasach i oceniał stan sanitarny tego obiektu ten wie jak bardzo wypasione są tam ubikacje. Kto nie był musi poszukać zdjęć, bo opisywanie tego dobrobytu zajęłoby mi zbyt wiele czasu, opiszę tylko cząstkowo. Poszedłem za potrzebą do ubikacji bodaj na parterze (tam jest taki chaos z tymi piętrami, że nie idzie ogarnąć, w końcu Warszawa). Wita mnie bardzo jasne pomieszczenie, na którego ścianach, za szkłem, rosły sobie bambusy jakiegoś specjalnego rodzaju co oczyszczają powietrze. Wyglądało to przednio. Podszedłem sobie do pisuaru (ja nie wiem skąd ta szkalująca naszą przewodnią partię nazwa), robię tam swoje różne takie rzeczy i nagle przychodzi gościu w garniaczu, ale ewidentnie Polak, rozgląda się w prawo i lewo, wyciąga telefon i zaczyna sobie robić zdjęcia na tle tego bambusa. Wybałuszyłem oczy z niedowierzania, a gościu spojrzał na mnie, ścieszył (uśmiechnął się sensu stricte) po czym wyszedł z tej „strefy”. Następnie chciałem umyć ręce, a tam kosmiczne krany firmy Dyson (tekst zawiera lokowanie produktu, za które autor z głupoty nie bierze forsy). Niby normalny kran, ale miał takie skrzydełka z boku, stworzone do suszenia rąk. No kosmos! Myje sobie te ręce, a tu nagle przychodzi ten sam facet i znowu robi zdjęcia, tym razem umywalkom i kranom. Postanowiłem jak najszybciej opuścić to miejsce w poczuciu, że kosmiczność (albo komiczność) tego miejsca jest na tyle przytłaczająca dla niektórych osobników, że sami zaczynają się zachowywać dosyć wyalienowanie. Całe szczęście, że miałem pociąg i mogłem czym prędzej ulotnić się z tego miejsca.

Nie mogłem natomiast ulotnić się swego czasu z pociągu paryskiego metra. Tą historię opowiadałem już tysiąc razy, ale opiszę ją dlatego, że wszelkie moje spotkania z amatorami tej samej płci mają niezrozumiałe dla mnie podłoże i analiza, której tutaj dokonam pozwoli mi zrozumieć ten mechanizm. Historia z Paryża miała miejsce AD 2007. Był czerwiec, lato rozhulało się na dobre. Grzało w tej Francji niemiłosiernie, temperatura podchodziła pod czterdziestą kreskę, ludzie na deskach rozdzielczych swoich pojazdów smażyli sobie kiełbaski lub robili jajka sadzone. Zmuszony przez aurę ubrałem krótkie szorty, sandały i koszulę. Nigdy bym nie pomyślał, że ten strój może wzbudzić takie zainteresowanie. Tego dnia byliśmy w Luwrze. No fajnie było, trochę różnych dzieł sztuki, ale sztuka pt. „Ostatnie metro w Paryżu” miała dopiero się rozpocząć. Zeszliśmy do tego metra, mieliśmy dojechać do miejsca, w którym miał czekać na nas autokar. Jakbym wiedział co mnie spotka, to bym piechty poszedł. Na drugim przystanku do metra wszedł facet, około 40 lat, w garniturku (to pewnie ten sam co w Warszawie tylko nie skojarzyłem) i od razu zwrócił na mnie uwagę. Mierzył mnie wzrokiem z góry do dołu i z powrotem. Czułem się co najmniej dziwnie, gdyż w dodatku moi koledzy chyba zauważyli to specyficzne zainteresowanie. Facet w końcu się przełamał i zapytał mnie czy może porozmawiać ze mną po francusku. Odparłem mu, że nie i że możemy jedynie spróbować po angielsku. Z typową dla francuzów niechęcią do wszystkiego co angielskie opierał się tej propozycji, ale koniec końców odpuścił i zaczął opowiadać o swojej rodzinie. W pewnym momencie się zaciął, miał szybszy oddech i wyraźnie zmniejszyły mu się źrenice. To był ten moment, w którym wstąpił w niego duch Renaty Beger. Miał takie kurwiki w oczach, że nie mógł się opanować. Wyperswadował mi dosyć dosadnie, że mam oryginalne stopy, że bardzo mu się podobam i że chciałby mnie przelecieć. No szok. Autentycznie zapomniałem języka. Koledzy byli popłakani niczym pani kwiaciarka i pasażerowie z tramwaju powyżej. Co było najbardziej kuriozalnym w tej sytuacji, popłakane były również opiekunki grupy, które zamiast załagodzenia sytuacji chichrały się do rozpuku. Ten szczery uśmiech pani pedagog kiedy francuz wyznawał miłość moim stopom jest nie do zapomnienia. Mi nie zostało nic innego jak schować się za kolegów. Jeszcze coś tam bąkał pod nosem, że mnie zaprasza do siebie, że zrobi mi dobrze itd, ale nie przekonał mnie i sobie w końcu poszedł. Potem do końca wycieczki śpiewano mi You are so beautiful i robiono zdjęcia moim stopom (tutaj znowu wykazałem brak żyłki przedsiębiorczej i nie brałem kasy za pozowanie takim okazem stopy). To była jedna sytuacja. Inna paradoksalnie miała miejsce również w pociagu, ale TLK do Poznania. Siedziałem sobie od strony korytarza w bezprzedziałowym wagonie, akurat w miejscu dla czterech osób ze stolikiem. Na przeciw mnie siedziała para, oboje chyba po trzydziestce. Po godzinie podróży postanowiłem wyprostować sobie nogi i nieco nieśmiało wyłożyłem je pod stolik. Po jakichś 15 minutch poczułem, że ktoś mnie tam smyra swoją nogą. Spojrzałem się na twarze osób znad przeciwka i wzrok faceta, który siedział vis a vis mnie był wbity gdzieś daleko w okno, a kobieta akurat w tym samym momencie spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Pomyślałem sobie: „ale szczęście! Taka blondyna śliczna mnie smyra i jasno daje do zrozumienia, że jest mną zainteresowana”. Chwilę trwałem w tej ekstazie, aż w końcu postanowiłem spojrzeć pod stół. Jakież było moje zdziwienie w momencie, w którym zobaczyłem męski but smyrający moje spodnie. Spojrzałem na gościa, a ten dalej wpatrywał się w jakiś punkt, którego poza nim nikt z siedzących w tym przedziale by nie dostrzegł. Miał typowo pokerową twarza, która nie zdradzała żadnych emocji. W tym momencie wyszedłem do ubikacji i nawet nie miałem pojęcia, że są takie sytuacje w życiu, w których siedzenie w ubikacji PKP potrafi być wciągające. Ja wiem, że to brzmi jak historia rodem ze jajcujących produkucji typu „ukryta kamera”, ale tak było. Były również takie sytuacje, w których to ja popełniałem faux pas wobec waginosceptyków. Np. pewna parapetówka u pewnej Marty doprowadziła do tego, że mocniej gryzę się w język. Na rzeczonej parapetówce było dwóch jegomości, których nigdy wcześniej nie spotkałem. Dzisiaj już nawet nie wiem jakie mieli imiona, ale podejrzewam, że Łukasz i Paweł, bo pasowały do ich zachowań (wszystkich urażonych Łukaszów i Pawłów przepraszam, ale taka prawda). Akurat wśród zebranych rozpoczął się temat o homoseksualizmie. Wszyscy wypowiadali się w dosyć spokojnym tonie, bardzo merytorycznie jak na 5 kolejkę wódki, a ja postanowiłem się wyłamać i nieco pośmieszkować z zachowań osobnika, którego spotkałem na uczelni. No i opowiadałem takie różne historie nie widząc narastającej w towarzystwie konsternacji. Z mojej strony było hihi i haha do momentu, w którym spojrzałem na twarz swojego kolegi z Sosnowca. Miał twarz taką jakby ul połknął. Domyśliłem się, że ma ochotę wybuchnąć śmiechem, więc chybcikiem sprowadziłem dyskusję na inne tory. Dopiero po jakimś czasie i którymś kieliszku jeden z nich wyznał, że razem z tym drugim są parą. Fatal error 505 i niebieski ekran Windows idealnie odwzorowują emocje, które rysowały się na mojej twarzy. Czułem w środku coś podobnego do spadającej z 10 piętra windy. Koledzy szybko przyszli mi z pomocą i nalali kielicha, byle bym nie doznał szoku i szybko zapomniał o wydarzeniach tego wieczoru. Choć pomoc została mi udzielona to jednak nie pomogło i moja pamięć, mimo iż subiektywnie, ale nadal rejestrowała wydarzenia tamtego wieczoru. Jeden z nich wyznał mi, iż nawet mu się podobam i mój sposób opowiadania uznał za uroczy. W przypływie przytomności uznałem, że jest dosyć późno i postanowiłem się stamtąd ulotnić. To jest jeden z tych momentów, w których należałoby uwierzyć w opatrzność, bo kto wie co by mi się przydarzyło, gdyby nie ten nagły przypływ przytomności. I teraz mógłbym zadać sobie pytanie: co jest ze mną nie tak? Na przestrzeni lat zauważałem u siebie chronicznie pojawiające się symptomy zniewieściałości, ale żeby to było aż tak atrakcyjne? Ja na prawdę nie wiem…

Nie wiem też skąd się brały w moim życiu inne kuriozalne sytuacje. Szczekanie na dziewczynę kolegi, bo miała na imię Sara (ktoś uznał, że to imię bardziej nadaje się dla psa) (znaczy ja uznałem) było nader kuriozalne, a z perspektywy czasu nawet wydaje mi się strasznie infantylne. W ramach przeprosin postanowiliśmy się wybrać po jakąś czekoladę aby ich przeprosić, ale koniec końców była kusząca promocja na Chappi w Żabce. Na studiach też różne dziwne rzeczy się działy. Pewnego razu zwolennicy miłościwie panującej na partii organizowali marsz w Katowicach. Potomkowie ludności narzuconej na Śląsk szli sobie w dosyć dużej grupie, postulując wojnę z Rosją i w ogóle wykrzykiwali jakieś dziwne hasła. Stałem z kolegą na rogu i przyglądaliśmy się tej dziwnej love parade i w pewnym momencie ktoś z tłumu krzyknął do nas: chodźcie z nami walczyć o Polskę. Kolega odparł wtedy na to: nie, dzięki. My idziemy się uczyć… Gdybyście mogli widzieć wzrok tych ludzi. W oczach taka nienawiść jakby skończyły się produkty na promocji w Lidlu (kolejne lokowanie produktu…). Ta nieopisana niechęć do intelektualizmu z ich strony sprawiła, że nawet chcieli się zatrzymać, ale grawitacja bywa nieubłagana. Twarde, betonowe głowy nie były w stanie oprzeć się spadkowi terenu i szczęśliwie poszły dalej.

O krok dalej poszedłem w momencie, w którym przyszło mi być ochroniarzem na meczu ligi okręgowej. Żeby mecz mógł się odbyć na tym wysokim szczeblu rozgrywek, do obstawienia obiektu potrzebnych było dwunastu ochro… Stewardów. Ta nazwa jest tak niezwykle nobilitująca jakby było się z jakiegoś brytyjskiego, szlacheckiego rodu. Dostałem twarzową, pomarańczową kamizelkę z odblaskami i zostałem skierowany do niezwykle odpowiedzialnej funkcji jaką było otwieranie bramy samochodom różnych, lokalnych notabli. A było ich tego dnia sporo, bo to były derby Mysłowic! Spotkanie na szczycie pomiędzy Górnikiem 09 (w czasach niesłusznie minionych nazywanym Borussia 09 Myslowitz), a komunistycznym tworem o nazwie Górnik Wesoła. Nawpuszczałem na teren obiektu sporą ilość pojazdów i w moim mniemaniu na tamtą chwilę wystarczającą, więc postanowiłem nie wpuszczać już nikogo. W ten czas przyjechał samochód z rejestracją SJ (dla niewtajemniczonych Jaworzno, taka mieścina w dawnej Galicji). Z samochodu wyszedł facet, który przedstawił się jak się przedstawił i poprosił mnie o wpuszczenie na teren stadionu. Odparłem mu, że nie, bo nie i koniec. On na to odparł, że jemu się należy, bo jest wiceprezesem klubu. Coś w głowie mówiło mi, że rzeczywiście może tak być, ale co tam będziesz wpuszczać gorola z Galicji na stadion. Uparłem się i nie wpuściłem, a ten zaczął mi grozić wyciągnięciem konsekwencji zawodowych i poniesieniem kosztów biletu, który będzie musiał zapłacić za przejście przez kasę. Generalnie byłbym przerażony gdyby nie fakt, że jedyną rzeczą jaka mi przysługuje w ramach tego wolontariatu jest darmowe piwo i kiełbasa. Choć perspektywa utraty kamizelki, darmowego piwa i wuszta rzeczywiście była przerażająca. Po chwili ujrzałem tego Pana, gdy zmierzał przez trawy do trybuny głównej. W momencie, w którym się poślizgnął na tej niedawno zroszonej trawie i wylądował dupskiem na ziemi nawet nie wywołała we mnie takiej satysfakcji jak słowa kierownika drużyny, który akurat stał obok mnie i w śmiechu powiedział: dobrze, żeś nie wpuścił tego uja.

Właściwie to mógłbym tak pisać bez końca. Było tak wiele różnych, kuriozalnych sytuacji w moim życiu, że aż ciężko to spamiętać. Mógłbym opisywać przygody na kasie w Tesco, mógłbym opisać nieprzyzwoite propozycje jakie kierowała do mnie pewna amatorka złomu, mógłbym opisać to jak zrozumiałem komunizm widząc morze butelek po wódce i czerwone flagi w pewnym nieczynnym, bytomskim zakładzie pracy. Mógłbym tak bez końca sobie tutaj śmieszkować, ale powiem wam, że najśmieszniej jest jak sobie siedzimy gdzieś nad rzeką, albo jakimś innym łonie natury i śmiejemy się z całej kuriozalności życia. Ten kto nas wymyślił w takim kształcie i wsadził na tę kuriozalną planetę to jest taki dowcipniś jakich mało. Choćby nie wiadomo jak bardzo kabaret OTTO, Grzegorz Halama, Studio Yayo i inni kuriozalni mistrzowie satyry się starali, to jednak nigdy nie dorównają żartem temu, który to wszystko stworzył.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>